Siesta

24 marca 2007

Byliście kiedyś sami w kawiarni? W takim lokalu, gdzie goście nie okupują baru, tylko rozmawiają przy stolikach, a pomieszczenie nie jest przesiąknięte dymem papierosowym, tylko zapachem kawy, owoców i słodkości?

Dziwne to uczucie, bo wyjąwszy wszelkie miłe wspomnienia wiążące się z danym lokalem, to siedząc gdzieś w kącie, pod łukiem sklepienia, czujesz się jak obserwator, ktoś z poza ruchliwego, energicznego strumienia uczuć, edukacji i interesów. Nie wzbudzasz niczyjego zainteresowania, bo każdy zajęty jest osobą w fotelu obok, patrzą na siebie niezależnie od tego, czy są znajomymi, przyjaciółmi, zakochanymi czy partnerami w interesach. Absorbują nawzajem swoją uwagę. Masz więc spokój i obojętność zapewnioną jednocześnie.

Przed Tobą trajkoczące psiapsióły. Radosne, beztroskie, energiczne. Jakiż ten nowy zapach Givenchy, a w Zarze są naprawdę eleganckie ciuchy. Znowu tyle kserówek do przeczytania, a ten dziad doktor od prawa to strasznie wredny pierdziel. Strzeliłam focha, a Michał niech robi co chce. I tak dalej. Kiedyś, przyznam uczciwie, irytował mnie okropnie taki słowotok, takie podejście do życia, lekkie, ledwo muskając powierzchnię problemów. Zagłębić się w sprawy, które nurtują i nie dają spokoju to stracić nastrój, to narazić się na nieprzespane noce i smutne poranki. Czy jest sens? Z biegiem czasu przestałem mieć co do tego pewność, zazdroszczę więc psiapsiółom ich beztroski i szczęścia, a mój, skryty przez tyle lat optymistyczny duch bije zapamiętale starego tetryka w czeluściach głowy.

Przy oknie małżeństwo. On, ubrany elegancko, ona dokładnie umalowana, niemal metaliczna w swojej powłoce, zimna. Piją kawę, zwróceni do siebie lekko bokiem, ich oczy nie spotykają się, choć rozmawiają. Nie wiadomo, czy są skłóceni, czy znudzeni, czy może szczęśliwi na swój własny, nieodgadniony sposób. Faktem jest, że przy wszystkich stolikach obok, pełnych ciepłej i czułej młodości stanowią wyraźny kontrast.

Papużki, rzecz jasną, okupują w szczególności tak przyjazne lokale, choć tutaj nie narzucają się, w ich zachowaniu jest coś z ostrożnego umiaru, taktu. Może to te starannie przygotowane słodkości, a może schludna, melodyczna, sącząca się z głośników muzyka sprawiają, że w całym lokalu nie czuć przesady, nadmiernej egzaltacji. Każdy zachowuje pewien dystans, margines spontaniczności, na jaką mógłby sobie pozwolić w mniej eleganckim lokalu, choć tutaj owa elegancja znaczy raczej czystość, przytulność, balans atmosfery i swobody, a nie chłód kelnerów i duże liczby w menu.

Tu wszystko się dla mnie zaczęło i może dlatego mam do tego miejsca tak emocjonalny stosunek. To coś jak podmuch ciepłego powietrza, niosącego zapach cynamonu i kawy, który po uchyleniu drzwi nawet w zimny, jesienny wieczór zachęcał do wejścia do środka. Zapewne to też błyszczące oczy, uśmiech i dotyk, a może ciche słowa i milczenie, które tyle znaczy.